Jeszcze mi szumi w uszach. Ogólnie warto było iść, choćby po to, żeby posłuchać ich po raz pierwszy na żywo. Dźwięk ogólnie był w miarę ok dopiero pod sam koniec... ale taka już chyba jest specyfika koncertów w Polsce. Dźwiękowcy są głusi.
Pierwszym szokiem był dla mnie support: Believe.
Bardzo fajne granie, gitarzysty, który potrafi pokazać, że fajnie grać wcale nie trzeba szybko, wokalisty, który ma na prawdę świetny, mocny głos... są skrzypki elektryczne, są klawisze... ale największe wrażenie zrobił na mnie perkusista. Z przyjemnością się słucha takiego grania.
Drugim szokiem był dźwięk w Rotundzie. Co za kiszka. Pół koncertu partii gitary Nicka Barreta nie było słychać. Nowego perkusistę pominę milczeniem - nie pasuje mi jego styl i zachowanie... jak na meczu na Wembley... dobrze że sobie głowy nie rozbił o ride.
Nick Barret fajnie śpiewa, zwłaszcza jak zejdzie ze sceny między ludzi ;). Czad. Zero gwiazdorstwa, po prostu normalny facet i wygląda na to, że na prawde lubi w Polsce występować. A na żywo śpiewa chyba lepiej niż w studio.
Klawiszowiec (spuchnięty Gary Oldman) trochę zbyt zmanierowany i chyba znudzony tym wszystkim mi się wydał. Wyraźnie humor mu się poprawił po butelce Lecha ;).
Niektóre kawałki zalatywały nudą, ale ogólnie w ponad dwugodzinnym graniu sporo było fajnych utworów. Gdyby był lepszy dźwięk, chciałbym usłyszeć więcej melancholijnych, tak specyficznych dla Pendragona, solówek.
Następny koncert w listopadzie: TSA, potem Acid Drinkers.
